reportaż z podróżyWłochy północne

Witajcie!

Super, że wpadliście, zobaczyć koleją edycję braterskiego tripa 🙂 Do tej pory udało Nam się zorganizować i szczęśliwie przeżyć wyjazd do Rumunii (2017) i Norwegii (2018)  W tym roku (2019) padło na Alpy Włoskie.  Przejechaliśmy 3500 km (start i meta w Toruniu) całość zajęła nam 9 dni.

Z racji tego, że wyjazd zaplanowany był pod koniec marca, spodziewaliśmy się niskich temperatur. Mimo to zabraliśmy ze sobą namiot, który nawet raz udało się wykorzystać 🙂 Prawda jest taka, że było… ciepło 🙂 Przynajmniej za dnia, nocą i wysoko w górach temperatury potrafiły dać w kość. Jak zwykle staraliśmy się podróżować ekonomicznie. Auto mieliśmy wypchane jedzeniem w proszku, nie brakowało też sardynek w zbroi i klopsów słoikowców (nie?… nie rymuje się? :P) . Dzięki temu mogliśmy zagotować obiadek z dala od cywilizacji, a to z kolei bardzo ułatwiało spontaniczne planowanie podróży.

Podczas przemierzania Alp Włoskich nie wszystko szło po naszej myśli. Mieliśmy wzloty i upadki. Po raz pierwszy poczuliśmy brak odpowiedniego przygotowania sprzętowego. Spontaniczne planowanie okazało się tam też wyjątkowo trudne. Planując rozbić namiot musieliśmy pamiętać, że w Alpach jest to nielegalne. Jeśli już się na to decydowaliśmy, wybieraliśmy miejsca ubogie w turystów. Alpy nie są usłane szlakami jak nasze Tatry. Podejścia potrafią być strome i sypkie.  Często na szczyt prowadzi jedna trasa, do której sam dojazd autem to nie lada wyzwanie. Kilometrowe, podjazdy na drugim biegu to norma. Zrozumiałem, po co Włochom sportowe auta 🙂

Nie samymi górami człowiek żyje. Staraliśmy się urozmaicać podróż, przeplatając góry z miasteczkami. Piękne jest to, że jednego dnia brodziliśmy w śniegu, a kolejnego spacerowaliśmy w koszulkach po plaży. I takie właśnie są Włochy północne.  Przyroda mocno broni swojego terytorium. W Alpach można poczuć wolność, przygodę, wyzwanie, a jak już nogi odmawiają posłuszeństwa zejść na doliny i zjeść pizze. Przynajmniej my tak zrobiliśmy, jak góra Nas pokonała – polecam 🙂

Nasza trasa z lotu ptaka:


Pierwszego dnia pocisnęliśmy 9h autem, żeby zatrzymać się w Czeskim Krumlowie. Miasteczko okazało się jednym z ciekawszych jakie do tej pory widzieliśmy, więc przespacerowaliśmy całą noc 🙂

Austria nie była naszym celem podróży. Żeby jej trochę ‚liznąć’ zatrzymaliśmy się na trzy godzinki w Salzburgu 🙂

Namiot? Serio? Włochy przywitały nas sypiącym śniegiem. Do Sand in Taufers dotarliśmy późno w nocy. Mimo dużego zmęczenia wybraliśmy się na eksplorację pobliskiego Parku Castle Di Riva. Przez duże zachmurzenie i brak księżyca w lesie panowały ciemności. Zrobiłem kilka zdjęć, a Michał dowiedział się wszystkiego o niedźwiedziach brunatnych, na wypadek bliskiego spotkania.. 🙂

Dolomity i Monte Paterno. To miało być proste podejście z epickim widokiem na koniec. I faktycznie widoki były piękne, ale nie przewidzieliśmy, że droga dojazdowa będzie zasypana śniegiem. Do zaplanowanego szlaku musieliśmy dołożyć dodatkowe 15 km co sprawiło, że łącznie spacerowaliśmy 9h. Warto było, a spacer to przecież dobry zwyczaj.. 🙂





Noc spędziliśmy w schronisku nad jeziorem Antorno. Idealna okazja, żeby nacieszyć oko rozgwieżdżonym niebem.


Zjechaliśmy z gór żeby wypocząć w dolinie, po drodze odwiedziliśmy Trydent i zjedliśmy obiadek z pięknym widokiem w tle.

Na miejsce noclegu wybraliśmy miasto Riva del Garda. To taki Włoski kurort, ponoć bardzo ceniony przez turystów. W marcu nie spotkacie tam tłumów, a spacer nad jeziorem Garda długo zapadnie Wam w pamięć.

Wypoczęci postanowiliśmy wrócić na szlak. Tym razem ponieśliśmy klęskę. Już przy samym podjeździe auto odmówiło Nam posłuszeństwa. Całe szczęście po jakimś czasie odpaliło i mogliśmy zaatakować górę z drugiej łagodniejszej strony. Plan był ambitny. Uzbrojeni w namiot, maty, śpiwory, zapas żywności i ciepłe ciuchy postanowiliśmy spędzić noc nad jeziorem Aviolo u podnóża szczytu Corno Baltone (nie pytajcie czemu akurat tam, po prostu tak palec stanął na mapie :)) Przez pierwsze 5 km mimo zmrożonego śniegu szło nam całkiem nieźle. Problemy zaczęły się na samym końcu, gdzie natknęliśmy się na oblodzenie. Od tego momentu poruszaliśmy się praktycznie na czworakach 🙂 W momencie gdy zrobiło się na prawdę niebezpiecznie, postanowiliśmy odpuścić. Zejście wyglądało jeszcze bardziej żałośnie 🙂 Następnego dnia kupiliśmy raki, niestety nie było kolejnej okazji żeby je wykorzystać. Nie mogę się doczekać kiedy będę mógł je założyć i przetestować w górach. Chyba nawet mi się to śniło 🙂

Późną nocą, wyczerpani i podłamani sytuacją dojechaliśmy do małego miasteczka Sarnico. Na miejscu okazało się, że śpimy nad pizzerią, którą prowadzą właściciele. To była nasza pierwsza i ostatnia pizza podczas tego wyjazdu 🙂 Pojawiła się w idealnym momencie i tego dnia była najlepszą pizzą na świecie 🙂 Rano poszliśmy zobaczyć, gdzie wylądowaliśmy.

Werona, Vicenza, czy Wenecja? Które z tych sąsiadujących ze sobą miast wybrać? Cóż, czasu mało to i na najmniejsze miasto padło. Czekał nas pełen beztroski spacer po Vincenzie, to była nasza ostatnia noc we Włoszech. Na Wenecję jeszcze przyjdzie czas 🙂

Obierając kierunek powrotny do domu, na nocleg wybraliśmy Słowenię, Triglovski Park Narodowy to nasza ostatnia szansa na rozbicie namiotu. Nie ryzykując mandatu trafiliśmy na pięknie położony kemping nad rzeką Socza.



Zapytacie jak się spało? No więc dawno tak nie zmarzłem, a spałem w kurtce zimowej… Kolejna sytuacja w której sprzęt, (tym razem śpiwór) mógłby być bardziej pro. Całe szczęście na terenie kempingu mogliśmy wziąć ciepły prysznic i szybko dojść do siebie. Tego dnia słońce dało nam jeszcze ostro popalić na szlaku rehabilitując zimną noc.

Lublana, czyli Nasz ostatni przystanek w stolicy Słowenii. Poza zwiedzaniem starówki obowiązkowym przystankiem była impreza w niezależnym centrum kulturowym Metelkova. Miejsce przypominające Christianie w Kopenhadze, którą odwiedziliśmy po drodze do Norwegii. Lubimy takie klimaty 🙂

Tym razem ciąłem materiał tak, żeby większość dotarła do końca 🙂 Dzięki za Wasz czas i do zobaczenia za rok, na kolejnym braterskim tripie!